Prosta metoda na złoto

Po zapowiedziach FOMC o nierychłych, ale jednak oczekiwanych podwyżkach stóp procentowych za wielką wodą, potaniały obligacje dwuletnie, choć dziesięciolatkom też się oberwało, no i umocnił się dolar. Dobre warunki do spadku ceny złota, przynajmniej tego papierowego. Spadek ceny kontraktów na złoto jaki zaobserwowałem wydaje mi się osobiście nieco przesadzony, choć dobrze wpisuje się w korektę ceny, po uprzednim wzroście i wyłamaniu z kanału spadkowego.

System handlu na złocie, jak i na każdym innym instrumencie finansowym można oprzeć na jego cenach za pomocą średnich kroczących, price action itd. Jednak skoro można zakładać, że wzrost dolara i spadek obligacji (wzrost rentowności) sprzyja spadkom na złocie, to można pokusić się o metodę zawierania pozycji long/short na złocie w oparciu o to, co się dzieje na dolarze i obligacjach, bez danych cenowych złota, chodzi tu o wsparcie procesu decyzyjnego.

Konkretnie, za obligacje przyjąłem dziesięciolatki FTNOTE10, a za dolara kontrakty na jego index FUSD. Kupujemy złoto jeśli dolar osiąga najniższą cenę z „n” sesji, a obligacje osiągają najwyższą cenę z „k” sesji. Odpowiednio przeciwnie dla gry na spadki. Czas to ostatnie trzy lata, prowizja w jedną stronę to 0.1% Po optymalizacji można uzyskać wykres jak poniżej.

Jak widać na powyższym wykresie, generalnie taki system by działał, choć bywały okresy dość wyczerpujące, jak np. przełom lat 2019/2020 kiedy utrzymywanie short’a przy rosnącym złocie mogłoby być frustrujące. Nie uniknięto by też wzmożonej covid’owej zmienności w marcu 2020. Mimo wszystko wygląda to dość spójnie. Statystycznie, roczna stopa zwrotu wyniosła 21,3% przy maksymalnym obsunięciu kapitału o 12,3%. Zawarto by 13 transakcji: 10 trafnych, 3 chybione, obecna trwająca pozycja to „short”. No i sedno sprawy, czyli okresy dla dolara i obligacji, odpowiednio 6 i 27.

Zatem jeśliby przyjąć dotychczasowe wyniki za wiarygodne (przynajmniej na nieodległą przyszłość), to obecną pozycję „short” na złocie powinno się zamknąć i otworzyć pozycję „long” jeśli index dolara osiągnie minimum z 6 sesji, przy obligacjach, które osiągnęły maximum z 27 sesji. Kolejność dowolna, liczy się ostatni „osiąg”. Sprawne oko gracza giełdowego bez trudu takie ruchy dostrzeże, bez podpierania się wskaźnikami, natomiast konkretna decyzja inwestycyjna i tak powinna uwzględniać ruchy cenowe na samym złocie.

Powyższa analiza to tylko wskazanie na możliwość uzyskania całkiem sprawnego i konkretnego systemu transakcyjnego, bez podpierania się opiniami typu „wzrośnie….chyba, że spadnie”. Miłego dnia życzę i udanych transakcji.

Zamieszanie z inflacją

Ostatnio wiele się narobiło szumu wokół inflacji, która w US bije rekordy (popularności). Niestety (a raczej stety) nie wiele z tego wynika, co widać po reakcji na obligacjach, których rentowność zaczęła znowu nieco spadać. Nie ma tu mowy o jakiś dużych zmianach, raczej typowe krótkoterminowe swingi. Jednak, jeśli ktoś liczył na gwałtowny wzrost rentowności i może przy okazji na spadki na giełdzie, to się przeliczył.

Należy zauważyć, że wpływ inflacji na rynek akcji jest złożony i można znaleźć wiele opracowań na ten temat. Mnie ta kwestia interesuje tylko o tyle, o ile ma przełożenie na wynik inwestycji, a tu o takim jasnym wpływie nie ma mowy, zwłaszcza że giełdy wyprzedzają takie dane o wiele miesięcy. Pewna kwestia jednak była ostatnimi czasy podawana w mediach. Chodzi o wycofywanie się kapitału ze spółek „growth” (/nowe technologie/ o potencjale szybkiego wzrostu) na rzecz spółek „value” (klasyczne biznesy bez fajerwerków). Tym pierwszym sprzyjają niskie stopy procentowe, bo mogą się tanio zadłużać pod oczekiwane zyski dyskontowane stopą bliską zeru. Te drugie dobrze sobie radzą przy( powiedzmy) podwyższonej inflacji. Przy naprawdę wysokiej inflacji pojawia się wszędzie chaos. Oczywiście (normalnie) oczekujemy wyższych stóp procentowych przy wyższej inflacji. Jednak ta zależność przestała działać i to na skalę globalną ze względu na mocne zadłużenie i teraz jeszcze kryzys pandemiczny, bo banki centralne wspierają gospodarkę, a nie pieniądz oraz dbają o dłużników. Mamy więc czas wysokiej inflacji i niskich stóp procentowych. O ile jeszcze jakiś czas temu można było sądzić, że powoli będzie wszystko wracać do normy (stopy wzrosną), to teraz po odczycie wysokiej inflacji w US i spadku rentowności obligacji można podejrzewać przeciąganie takiej prowizorki, a wiadomo, że prowizorki są najtrwalsze. Jedne patologie zazębiają się z innymi patologiami, aż już nic nie można zrobić, tylko czekać aż wszystko runie pod ciężarem indolencji i się oczyści. Jednak wracając do wątku o spółkach „value” i „growth”, o ile taka relatywna przewaga jednych nad drugimi zaczęła być już zauważalna (w oczekiwaniu na mozolny ale jednak wzrost stóp proc.), to teraz mamy znowu powrót do starego układu. Poniżej wykresy indeksów.

Dow Jones, jako przedstawiciel spółek typu „value”, 11 czerwiec

Na powyższym wykresie widać lekkie opadanie w ciągu kilku ostatnich sesji.

Nasdaq100, jako przedstawiciel spółek typu „growth”, 11 czerwiec

Tutaj widać wyraźny wzrost przez ostatnie kilka sesji i chęć powrotu do dominacji.

Podsumowanie

Zakładany wzrost stóp procentowych, ze względu na rosnącą inflację należy, póki co, włożyć między bajki,

Spadek siły spółek typu „growth” względem spółek typu „value” okazał się przejściowy, a niskie stopy procentowe znowu promują spółki wzrostowe.

Złoty trop

O metodach inwestowania w złoto jest bardzo wiele materiałów w necie. Jedni posiadają fizyczny kruszec na wypadek „resetu”, inni papier dla spekulacji. Jedni wieszczą wzrost notowań żółtej blachy do kilku tysięcy dolarów za uncję, inni nie tknęli by tego patykiem. Cena złota zależy od tak wielu czynników, że rozmyślania na temat tego, czy teraz jest nisko, czy wysoko, czy kupować, czy sprzedawać można by prowadzić do usr….śmierci, a i tak najczęściej niewiele z tego wynika. Mnie osobiście złoto jako materiał do inwestycji, czy spekulacji nie urzeka, ale mnie ostatnio zaciekawił. Wiele się mówi ostatnio o wzroście rentowności obligacji za wielką wodą. Złoto, jako niby-aktywo (bo nie daje odsetek) stanowiące zabezpieczenie na ciężkie czasy, konkuruje z bezpiecznymi obligacjami dającymi jednak jakieś tam odsetki. Wzrost atrakcyjności obligacji to zatem gwóźdź do trumny dla notowań złota. Kolejny motyw jaki nie trudno zauważyć to wsparcie dla złota wynikające ze słabnącego dolara. Nie zawadzi zatem posprawdzać, choćby w ramach takiej niedzielnej analizy, jak owe czynniki przekładają się na notowania złota.

Do badania wybrałem kontrakty na złoto (FGOLD), kontrakty na obligacje 10-letnie USA (FTNOTE10) oraz index dolara (FUSD). Oznaczenia wynikają z platformy jaką posiadam, a okres analizy to ok. 3 lata, czyli czas bieżący. Na sam początek należy określić domniemany kierunek wpływu obligacji (nie będę pisał całych nazw) oraz dolara na złoto. Otóż, po pierwsze złoto rośnie gdy rentowność obligacji spada, czyli gdy notowania obligacji rosną, zatem oczekujemy zgodnego kierunku ruchu cen złota i obligacji. Po drugie złoto rośnie gdy dolar spada, a gdy dolar rośnie złoto spada, czyli tutaj z kolei oczekujemy przeciwnych kierunków ruchu cen. Jest to oczywiście mega-uproszczenie sprawy, ale przecież chcę sprawdzić sam trop. No dobra, o tym się generalnie trąbi i buczy wszędzie.

A co z wpływem dolara na obligacje ? Wypada sprawdzić. Na szybko wpisuję formułkę, że kupuję obligacje jeśli dolar osiąga max z „n” sesji, a sprzedaję i short’uję ( gram na spadki ), gdy dolar osiąga min z „n” sesji, optymalizuję nieszczęsne „n” i wynik poniżej.

Wynik jest dość jednoznaczny. Wzrost dolara wpływa korzystnie na wzrost obligacji. Budzi to jednak pewien konflikt. Spadający dolar ma (domyślnie) wspierać wzrost złota, a będzie przecież szkodliwy dla wzrostu cen obligacji, które to mają wspierać złoto. Ledwo określiłem dwa czynniki, a już pojawiła się komplikująca sprawę zależność między nimi. Jednak nie ma co lamentować.

Poniżej wynik kolejnej formułki. Kupuję złoto, jeśli obligacje osiągają max z „k” sesji, a sprzedaję i gram na spadki (short’uję), gdy ceny obligacji osiągają min z „k” sesji, gdzie „k” oczywiście optymalizuję.

Powyższa zależność potwierdza zgodność kierunku cen obligacji i złota. Wygląda to całkiem nieźle i faktycznie jeśli rentowności miałyby wzrosnąć, to dla posiadaczy złota będzie to trudny czas.

Pora przyjrzeć się bliżej temu co ruchy na dolarze mogą zaoferować złotu. Najpierw wynik formuły z kupnem złota, gdy dolar osiąga min z „x” sesji i jego sprzedażą, gdy dolar osiąga max z „x” sesji. Tylko kupujemy i sprzedajemy złoto na podstawie spadku i wzrostu dolara.

Wynik takiej formuły nie powala, choć wpływ taniejącego dolara potrafi być korzystny. A co, gdyby grać na spadki złota i zamykać pozycje gdy dolar (odpowiednio) rośnie i spada ?

Powyższe wyniki nie potwierdzają korzyści dla grających na spadek złota ze względu na mocnego dolara. Generalnie wpływ dolara na złoto jest raczej pogmatwany, niż dający się ująć w jakiś slogan. Wobec tego pozostaje sprawdzić wersję przeciwną. Teraz kupujemy złoto, gdy dolar osiąga max z „m” sesji, a sprzedajemy złoto i gramy na spadki, gdy dolar osiąga min z „m” sesji.

Teraz zrobiło się jeszcze ciekawiej. Wychodzi na to, że rosnący dolar sprzyja złotu. Muszę jednak dodać, że optymalny użyty okres, czyli zoptymalizowane „m” wyniosło tu 10 sesji, podczas gdy w formule zakładającej wzrost złota wynikający ze spadku dolara okres „x” wyniósł 35 sesji.

Pora na podsumowanie

Wychodzi na to, że w krótkim okresie rosnący dolar wspiera obligacje, których wzrost jest motorem napędzającym ceny złota, natomiast przedłużający się okres wzrostu dolara zaczyna złotu ciążyć, choć mimo to gra na spadek złota ze względu na mocnego dolara to bardzo zły pomysł. Przede wszystkim należy uznać, że obawa przed rosnącymi rentownościami obligacji, to nie czcza gadanina, czego fani złota powinni być świadomi.

Tak na zakończenie wrzucę wykres przykładowego systemu grającego na złocie w oparciu o powyższe zależności, nieco dopracowanego ze względu na uwikłany wpływ dolara.

Zachęcam wszystkich do grzebania w danych i wyłuskiwania zależności, które mogą być pomocne w inwestycjach. No i miłego, niedzielnego popołudnia !!!

Portfel po marcu

Generalnie marzec był spokojnym miesiącem. Indeksy akcji, mimo korekt, kontynuowały wzrosty. Surowce rolne/soft oraz metale nieco oklapły, ale trendy też pozostają wzrostowe, choć złoto i srebro nieco bardziej oberwały z powodu wzrostu stóp procentowych (10-latek). Proces wzrostu stóp (przy rosnącej inflacji) jest zagrożeniem dla złota i akcji, ale jeszcze nie na obecnych poziomach. Spadki na złocie się zatrzymały i jest szansa przynajmniej na kilkutygodniową korektę. Wartość portfela kluczy w miejscu, natomiast dokonałem wymiany instrumentów tzn. na innego „dostawcę”. Poniżej wykres indeksu składników oraz reoptymalizowanej linii kapitału/strategii.

Co do składników portfela, to o ile dotychczas dominowały w nim certyfikaty RCB, to obecnie są to głównie kontrakty CFD, gdzie jest mniejszy spread i większa pewność obrotu, a brak (codziennych) punktów swapowych pozwala trzymać pozycje tygodniami. Ponadto zrezygnowałem z „pro-ciągłego” zabezpieczania się opcjami sprzedaży na Wig20 ze względu na nikły efekt, a duży spread, co skutkowało ponoszeniem niepotrzebnych kosztów. Kilka razy ładnie stabilizowały mi wartość portfela, jednak jakaś extra stabilność nie jest dla mnie wartością. Zamiast tego postanowiłem zrobić coś podobnego. Składnikiem portfela będzie indeks zmienności FEUVOL. (platforma BossaFx) grany cyklicznie (long) jak wszystkie pozostałe składniki. Wartość 0.01lota to (obecnie) jakieś 800 zł, co pozwala na niewielkie transakcje dopasowane do stopnia dywersyfikacji portfela. Jak widać dopracowywanie portfela to proces ciągły i jeszcze wiele się może zmienić, ale taki jest cel experymentu, a jak to wyjdzie, pożyjemy, zobaczymy.

Portfel po lutym

Minął kolejny miesiąc dla experymentalnego portfela cyklicznych inwestycji. Był to raczej typowy, nudny okres podczas którego niewiele się wydarzyło, no może z wyjątkiem samej końcówki miesiąca, kiedy to indexy akcji i surowce wyraźnie zanurkowały. Poniżej wykresy portfela składników oraz reoptymalizowanej linii kapitału portfela (index strategii).

Jak widać, wszystko pozostaje w normie, a ostatnie spadki kwalifikują się jedynie jako korekta.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na kolejną kwestię związaną z doborem instrumentów do portfela. Chodzi mi o koszty transakcyjne, a w szczególności o spread w ofercie animatora rynku, dla instrumentów dla których jest przewidziany. Korzystam głównie z certyfikatów inwestycyjnych, gdzie spread jest wyraźny (do 3%), gdzie czasem korzystam z dźwigni by „nadrobić” koszty transakcyjne, choć przy stratnej transakcji dodaje to tylko oliwy do ognia. Mimo to, jeśli testy wskazują na możliwość osiągnięcia zysku, wypada się z takim stanem rzeczy pogodzić (poszukując alternatywy). Są jednak sytuacje, kiedy spread rozszerza się jak …..autocenzura. Warto wtedy mieć pod ręką jakiś inny wybór. Rozważałem ostatnio zakup certyfikatu na srebro. Znalazłem nielewarowany RCSILAOPEN oraz z lewarowanych najniżej RCFL2SILVE. Warto dodać tutaj fakt, że na zamknięciu animator rozszesza spread do poziomów kosmicznych i zawieranie wtedy transakcji to samobójstwo, jednak w godzinach „handlowych” spread’y są zazwyczaj w normie. Jednak pewnego dnia oczom moim ukazało się coś takiego, niczym horror „COŚ”.

Jak widać powyżej, na certyfikacie RCSILAOPEN mamy ofertę animatora, któremu można sprzedać owe certyfikaty po 107.80, natomiast chęć kupna po 119.80 może zakończyć się niesmakiem. Miało to miejsce 3’go lutego tego roku, zrzut ekranu (stooq) z godz.12.31. Co ciekawe po kilku dniach w ofercie animatora powiły się te same ceny Bid/Ask, czyli bez spread’u. Wracając jednak do tamtej sytuacji, lepiej było już zdecydować się na wersję lewarowaną, gdzie spread był powiedzmy typowy. Oczywiście takie poszerzanie spread’u może się wiązać z dużą zmiennością instrumentu bazowego, jednak wersji lewarowanej to jakoś nie przeszkadzało. Generalnie warto szukać niskokosztowych instrumentów do realizacji swojej strategii, jednak nie może być to wybór sztywny, należy mieć alternatywy oraz trzeba przyglądać się realnym możliwością transakcyjnym, przy dużej zmienności rynku, gdy się „wszystko wali”, a nadchodzi pora zakupu/sprzedaży.

Portfel, pierwsze refleksje

Mija pierwszy miesiąc nowego roku i jest to też pierwszy miesiąc w pełni ukształtowanego portfela cyklicznych inwestycji. Poniżej wykres, który pokazuje (górny) linię kapitału dla portfela składników na zasadzie kup i trzymaj oraz (dolny) linię kapitału cyklicznych inwestycji w te składniki, przy cotygodniowej reoptymalizacji.

Wygląda to obiecująco, jednak rzeczywistych wyników nie można reoptymalizować wstecz. To, czego można oczekiwać, to coś pomiędzy obydwoma liniami, czyli i tak całkiem nieźle, jak na takie niemal mechaniczne podejście. W miarę uzyskiwania rzeczywistych wyników będą one konfrontowane z powyższymi wynikami. Pojawia się jednak kilka kwestii, których nie można pominąć, a dają się we znaki, głównie podczas silnych spadków, a tych nie da się (całkowicie) uniknąć. Poniżej dwie refleksje odnośnie (re)optymalizacji oraz dywersyfikacji. Zastrzegam, że są to tylko moje luźnie albo niezbyt luźne refleksie.

Pierwsza sprawa, to częstotliwość reoptymalizacji i ich wpływ na transakcje. Wyniki backtest’ów wynikają z danych (cenowych), a te z sesji na sesję się zmieniają. Biorąc kilkuletni ich zakres, wpływ kilku ostatnich cen często nie jest w stanie niczego zaburzyć, jednak w przypadku silnych tąpnięć…już mogą. Przykład z piątku, przedwczoraj. Posiadając otwartą pozycję na palladzie ukazała się moim oczom pokaźna spadkowa świeca. Po zaktualizowaniu danych w sobotę, reoptymalizuję cykl inwestycji i nowe wskazanie jest takie, że należało sprzedać kilka dni wcześniej….i co teraz ? Po „staremu” należy jeszcze trzymać, a wyniki mimo że już nie optymalne, to i tak są całkiem niezłe. Portfel jest przecież całkiem dobrze zdywersyfikowany i czy takie miotanie się ma sens ? Otóż stwierdziłem, że nie ma. Gdyby nastąpiło równie silne odbicie, to kolejna reoptymalizacja powróciła by do starych parametrów i system zakładałby, to że trzymałbym ten pallad bo ciągle obowiązuje sygnał kupna. Stąd wniosek, że jeżeli wpływ takiej stratnej transakcji nie ma jakiegoś uciążliwego wpływu na cały portfel, to trzymam się wersji, która była optymalna przy otwieraniu pozycji, bo w sumie wtedy wskazywała na dodatnią wartość oczekiwaną, ale przecież z ryzykiem.

Kolejna sprawa łączy się z pierwszą, a chodzi o poziom dywersyfikacji portfela. Ściślej chodzi o mi o dywersyfikację tylko wśród aktywów ryzykownych (bez obligacji). Jako, że portfel jest prowadzony aktywnie, a nie pasywnie (kup i trzymaj), to owa dywersyfikacja nie dotyczy tylko ilości elementów (najlepiej nieskorelowanych, o zunifikowanej zmienności), ale i metody „gry”. Jako że sama metoda jest prosta, to pozostaje stosować różne cykle dla silnie skorelowanych składników, np. złota i srebra, indeksów akcji, soji i kukurydzy….itd. Natomiast tak generalnie pozostaje problem ilości składników. Dla rynku akcji często przyjmuje się, że 10 spółek wystarczy, a przy 30’stu uzyskuje się już wyniki takie jak dla indeksu i niewiele to daje. Są też inne opracowania, wg których nie jest to do końca prawda i dopiero 50-100 spółek daje dobry poziom dywersyfikacji, w ramach której można i tak jeszcze wdrożyć kryteria pozwalające powalczyć z indeksem. Na pewno składników powinno być na tyle dużo, by mogła realizować się dodatnia wartość oczekiwana „w szerz” a nie tylko w czasie. Rzucając jedną monetą (orzeł:1, reszka:0) nigdy nie uzyskamy w pojedynczym rzucie wartości 0.5. Rzucając dziesięć razy pod rząd i więcej, będziemy się do niej zbliżać. Zamiast tego można od razu rzucać 100 monetami, uzyskując wynik zbliżony do wartości oczekiwanej. Rzuty monetami są jednak nieskorelowanie, rynki są jednak wyraźnie skorelowane i to nie tylko akcji, ale i wraz z surowcami i co gorsza owa korelacja nasila się przy gwałtownych spadkach, czyli właśnie wtedy, gdy (naiwnie) liczylibyśmy na ochronny efekt dywersyfikacji (covid-marzec’20). Kupując nawet na chybił-trafił aktywa finansowe z pośród różnych klas siłą rzeczy uzyskamy jakiś poziom dywersyfikacji, bo część wahań będzie się wzajemnie znosić i zmienność portfela będzie mniejsza niż średnia zmienność z poszczególnych elementów. Właściwie wystarczyłoby przejrzeć macierz korelacji wielu aktywów, czy wręcz w oparciu o taką macierz utworzyć portfel. Jednak taka macierz (obliczana na przeszłych danych) również nie jest stabilna i po zaliczeniu „zjazdu” wyjdzie inna macierz….też nieaktualna. Można oprzeć się na danych za ostatnie….50-100 lat, tylko że raczej nie doświadczymy jej działania, chyba że ktoś będzie nieśmiertelny, a poza tym rynek się też zmienia i ewoluuje. I jak tu żyć ? Pozostaje zwykły rozsądek i doświadczenia z targanego różnymi perturbacjami rachunku inwestycyjnego. Postanowiłem określić niezbędną ilość elementów portfela typowymi wynikami z inwestycji w poszczególne instrumenty. Wychodząc z założenia, że bankrutuje mi jeden element, chciałbym taką stratę zniwelować średnim wynikiem transakcyjnym na całym portfelu. Skoro średnio na transakcji zyskuję 5-7%, przyjmijmy 5%, to ilość składników powinna wynosić 1/0.05, czyli 20. Taka ilość pozwala na inwestowanie w kilka (dostępnych) grup aktywów z ich wewnętrznym urozmaiceniem, co pozwala mi też spokojnie i z niewielkim wysiłkiem prowadzić ten (eksperymentalny) portfel. Poruszając problem dywersyfikacji od razu zaznaczyłem, że chodzi mi o aktywa ryzykowne, bez obligacji. Jednak to też jest ciekawa kwestia, choć na ogół przyjmuje się, że w takim „ryzykowno-nieryzykownym mixie” powinny stanowić ok. 50-60 % Akurat z tym się zgadzam i nie budzi to u mnie jakiś wątpliwości, czy zastrzeżeń. Jest jednak ku temu pewien powód. Otóż w zagadnieniach gier, czy inwestowania czasem pojawia się temat kryterium Kellye’go. Gość ów kombinował jaką częścią kapitału ryzykować, jeśli znamy prawdopodobieństwo wygranej oraz stawki. Polecam poszperać w necie, jest tego kupa wraz z wyprowadzeniem wzoru, fajne i pomysłowe. Oczywiście przy inwestycjach na rynkach finansowych nie znamy tych parametrów, nawet samego rozkładu, ale mamy pewne szacunki, a jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Generalnie, aby maksymalizować wynik w długim terminie, należy grać pulą [p-q/(z-s)], gdzie „p” to prawdopodobieństwo zysku, „q” straty (czyli 1-p), „z” przeciętny zysk, „s” przeciętna strata. Już na pierwszy rzut oka widać, że jeśli mamy trafność na poziomie 2/3, to już na pewno nie powinno się przekraczać 67% w puli ryzykownej. Idąc dalej, jeśli średnio zysk jest dwa razy większy niż strata, to uzyskujemy wynik 50%. Przekroczenie tej wielkości prowadzi wprost i nieuchronnie w długim terminie do bankructwa. Natomiast niższa wartość nie w pełni exploatuje przyjętych warunków. Warto tu podkreślić, że część nieryzykowna służy uzupełnianiu puli ryzykownej po stratnych wynikach. W powyższym przykładzie przyjąłem dość korzystne parametry co do trafności oraz proporcji zysków do strat. W takich okolicznościach, raczej skłaniam się do proporcji w inwestycjach 60/40 (pewnik/ryzyko). Zakładając rzeczywisty portfel podzielony w ten sposób, że owe 60% mamy w obligacjach, należałoby je podzielić na część na płynną (lub np. fundusz rynku pieniężnego do uzupełniania rachunku po stratach) i tą, którą możemy trzymać do wykupu. Nie chodzi mi tu o ścisłe określenie rodzaju parametrów obligacji, lecz o wskazanie na samą zasadność dywersyfikacji kapitału, a przy okazji warto też liczyć stopę zwrotu z całego portfela (z obligacjami) ze świadomością całego ryzyka.

Podsumowując: rozpisałem się, jednak polecam każdemu dalsze rozkminianie takich kwestii, bo często gdzieś „na obrzeżach” netu można znaleźć ciekawe i praktyczne informacje.

Próba wyjścia z korekty

Po tym jak weszliśmy w korektę zrobiło się trochę zamieszania z nowym szczepem wirusa, jednak szczepionki i tym typem mają sobie poradzić. Zobaczymy, oby nie okazało się, że pojawią się jakieś skutki uboczne, a do nowej mutacji mają się jak piernik do wiatraka. Zresztą, pewnie nie takie zagrożenia jeszcze przed nami, choć wszystkim życzę spokojnego Nowego Roku. Zamiast zwracać uwagę na nasze indeksy, w przyszłym roku zajmę się experymentalnym portfelem. Wolę expozycję na szeroki światowy rynek indeksów i surowców niż zajmować się naszymi „tuzami”, choć wybiórcze inwestycje w spółki łapające wiatr w żagle oczywiście mają sens, ale tym się tu nie zajmuję. Chodzi mi po głowie szeroka inwestycja (portfel), którą możnaby prowadzić systematyczne, bez wdawania się w bieżący zamęt, choć nie pasywnie. I temu posłuży właśnie portfel experymentalny. Więcej szczegółów na stronie „Portfel”. Wpisy też będą co miesiąc, co ma służyć pewnym podsumowaniom i wskazaniem na ewentualne problemy. Poniżej ostatni rzut oka na Wig20, a po nim na ów experymentalny portfel.

Wig20

Indeks dużych spółek znajduje się w lokalnym trendzie wzrostowym, choć z dłuższej perspektywy kończy dużą dwufazową korektę z pierwszej covid’owej fali. Przejście w długoterminowy trend wzrostowy, to póki co jedynie marzenie. Nieco wyżej już czekają poważne linie oporu. Można liczyć na jakieś noworoczne „fikołki”, ale zbyt różowo to nie wygląda.

Portfel

Powyższy portfel wykorzystuje technicznie wychwycone cykle i ma charakter experymentalny. Górny wykres to wypadkowa linia kapitału dla wszystkich jego składników (indexy akcji, metale, surowce rolne) o równych udziałach. Dolny wykres to natomiast linia kapitału wynikająca ze strategii, choć jest to górne ograniczenie jej możliwości, ze względu na cotygodniowe reoptymalizacje. Dolnym ograniczeniem jest …..równia pochyła, natomiast to czego można rozsądnie oczekiwać, to coś pomiędzy tymi wykresami. Wyniki z mijającego roku nie dały istotnego zysku (4%), jednak dały znacznie mniejsze obsunięcie kapitału mimo dźwigni. Poza tym ilość składników powiększała się w ciągu roku i dopiero teraz jest to szeroki portfel z pewną dywersyfikacją wewnątrz danej pod-klasy (np. różne okresy cykli dla S&P500 i Nasdaq, czy dla złota i srebra). Tak prowadzony portfel ma wg mnie potencjał i jego perypetiom będą poświęcone comiesięczne wpisy.

Podsumowując: czas skupić się na własnej strategii, bez względu na to, czy taki lub siaki element układanki wychodzi, czy wchodzi w korektę, o czym i tak będzie wiadomo dopiero po czasie. Wszystkim życzę zdrowia, spokoju i udanych inwestycji w nadchodzącym roku.

Korekta się przedłuża

Niestety miniony tydzień nie był jakoś nadzwyczaj udany. Dynamika wzrostów ustępuje, indeksy zaczynają się pogrążać w korekcie. Powoli należy się przygotowywać do chwilowego odwrotu. Poniżej klasyczne wykresy.

Wig20

Indeks dużych spółek pogrąża się w korekcie, choć z szerszej perspektywy jest w trendzie wzrostowym i dość wysoko nad wsparciem, które może być jednak testowane. Poniżej relacja Wig20/S&P500.

Powyższa relacja w swym dramacie próbuje wybić się z jarzma bessy. Po wyjściu na „brzeg sedesu” czai się już zagrożenie pod postacią „klapy”, która może tą próbę zamknąć. Pozostanie tylko spuścić wodę i powyższa relacja może dalej mknąć w dół z siłą wodospadu.

mWig40

Indeks średnich spółek także pozostaje w trendzie wzrostowym i także stopniowo się pogrąża, choć wsparcia ciągle trzymają. Poniżej relacja mWig40/Wig20.

Powyższa relacja utraciła swoją moc, pogrążając się w trendzie bocznym, aspirującym do spadkowego.

sWig80

Indeks małych spółek pozostaje teraz najsilniejszy, ale jego siła wynika ze słabości poprzednich indeksów. Trend pozostaje wzrostowy, jednak teraz tylko dryfuje nad wsparciem. Poniżej relacja sWig80/mWig40.

Powyższa relacja dalej miota się wokół starego oporu.

Podsumowując: trendy pozostają wzrostowe, jednak indeksy osiadają na mieliźnie.

Mała korekta

Cóż, w końcu jakieś spadki nadeszły. Póki co, to tylko drobne zaburzenie w trwającym (po-covid’owym) trendzie wzrostowym. Poniżej klasyczne wykresy.

Wig20

Indeks dużych spółek ma się dobrze, nawet gdyby miał testować pokonany opór, który to wsparciem się stał. Nie widzę tu jakiś powodów do ględzenia, rutyna. Poniżej relacja Wig20/S&P500.

Na powyższej relacji trwa próba wyjścia z „wodospadu”. Oddolnie zbiera się to nawet do kupy, jednak sufit się obniża. Jeśli powyższa relacja nie zdoła się wybić z tego jarzma, to czeka nas kolejny okres mulenia.

mWig40

Indeks średnich spółek przystąpił do testowania wsparć nieco wcześniej, choć tutaj sytuacja jest nieco bardziej rozmyta, są dwa wsparcia. Wyłom w dół za każdym razem będzie złym zwiastunem, osłabiając obecny trend wzrostowy. Poniżej relacja mWig40/Wig20.

Powyższa relacja odżegnuje się od trendu wzrostowego, powracając do szerokiego ruchu bocznego, będąc wręcz na prostej drodze do jego zmiany na spadkowy. Jest lipa.

sWig80

Indeks małych spółek po pokonaniu oporu wygląda trochę jak „pół dupy zza krzaka”. Jednak trend wzrostowy trwa. Poniżej relacja sWig80/mWig40.

Powyższa relacja kisi się dalej wokół oporu.

Podsumowując, trend wzrostowy trwa, choć nie jest to optymizm charakterystyczny dla hossy, gdzie najbardziej dynamicznie rosną spółki średnie i małe – coś je tłumi, pokłosie covid’u ?

Przełom

Indeksy giełdowe pokazały siłę, która zwiastuje nadejście lepszych czasów dla amatorów giełdy. Poniżej klasyczne wykresy.

Wig20

Indeks dużych spółek pokonał sierpniowy szczyt z pierwszej, dużej fali odbicia. Zaliczył też znaczny spadek przed listopadem, co można uznać za „wstrząs wtórny”, wręcz typowy, jakiego brakowało. Obecne wybicie powinno rozpoczynać kolejną, dużą falę wzrostów, choć później również należy się spodziewać korekty i to do poziomu, który został właśnie pokonany. Albowiem opór wsparciem się stanie. Wskakiwanie do pędzącego pociągu nie wydaje się jedyną słuszną opcją w tym momencie. Spekulacyjnie, ze stop-loss’em, intra jak najbardziej, choć należało tego dokonać pod pokonanie oporu. Teraz już pociąg trochę odjechał. Zaprzeczeniem tego wzrostowego układu byłoby zejście poniżej październikowego dołka, ale to jest cały pierdylion punktów, jednak pierwsze wątpliwości budziło by zejście pod niedawno pokonany opór i wtedy można ograniczyć/zrewidować pozycje. Poniżej relacja Wig20/S&P500.

Na powyższej relacji katastrofa trwa w najlepsze. Jednak ostatnio relacja ta zdołała „wynurzyć się spod przełamanej tafli lodu”. Wyjście górą/bokiem z bieżącego spadkowego trójkąta zapowiadałoby możliwość zmiany trendu. Nawet nie ma co zapeszać, ileż można ryć w tym mule.

mWig40

Indeks średnich spółek też daje radę. Trend wzrostowy wydaje się nawet lepiej uformowany, choć ostatnio brak mu werwy. Poniżej relacja mWig40/Wig20.

Powyższa relacja „daje ciała”.

sWig80

Indeks małych spółek też sobie radzi, ale tutaj opór jest tylko nadgryzany, co pozostawia pewien niesmak. Trend jest jednak wzrostowy i całość wygląda optymistycznie. Poniżej relacja sWig80/mWig40.

Na powyższej relacji trwa kiszenie wokół starego oporu, choć w obecnych okolicznościach można założyć, że jest to raczej zbieranie sił przed kolejną falą ekspansji.

Podsumowując: dobra passa trwa